Ogłoszenia specjalistów szukających zatrudnienia w medycynie
Krotoszyn zamyka onkologię. Kiedy leczenie raka przestaje się opłacać
1 dzień temu
2 min
Najważniejsze
•Decyzja o zawieszeniu oddziału onkologii w Krotoszynie wynika nie z braku potrzeb pacjentów, lecz z rosnących strat finansowych (1,8 mln zł w 2024 r., 2,8 mln zł w 2025 r.).
•Brak finansowania oddziału onkologii przez NFZ w tradycyjnym modelu leczenia w szpitalu, a jedynie chemioterapii hospitalizacyjnej, prowadzi do konfliktu między rachunkiem a realnymi potrzebami pacjentów.
•Dla chorych na raka z małych miejscowości koszty i utrudnienia związane z dojazdami do większych ośrodków (Kalisz, Pleszew, Śrem, Poznań, Wrocław) mogą stać się barierą nie do pokonania.
•Brak spójnej polityki onkologicznej na poziomie regionu i groźba centralizacji leczenia pogłębiają nierówności dostępu do terapii onkologicznej.
•Zawieszenie lub likwidacja lokalnych oddziałów onkologii może w dłuższej perspektywie zwiększać koszty systemu z powodu konieczności leczenia bardziej zaawansowanych stadiów raka.
Komentarz redakcji
Zawieszenie oddziału onkologii w Krotoszynie pokazuje, że w polskiej ochronie zdrowia rachunek ekonomiczny coraz częściej wygrywa z elementarnym bezpieczeństwem pacjentów. To nie jest lokalna awaria, tylko sygnał, jak skonstruowany system finansowania zmusza powiatowe szpitale do rezygnacji z leczenia nowotworów tam, gdzie chorzy faktycznie mieszkają.
Źródło zdjęcia: unsplash.com - by Hush Naidoo Jade Photography
Stawką w Krotoszynie nie jest los jednego oddziału, tylko odpowiedź na pytanie, czy w Polsce da się jeszcze leczyć raka poza dużym miastem, jeśli szpitalowi się to „nie opłaca”. Decyzja o dwumiesięcznym zawieszeniu onkologii z realną groźbą likwidacji nie wynika z braku potrzeb – oddział rocznie obsługiwał ponad sto hospitalizowanych chorych i około 1400 pacjentów w ciągu roku – tylko z bilansu finansowego, który świeci na czerwono.
Dyrekcja szpitala mówi wprost: straty oddziału liczy się w milionach – 1,8 mln zł w 2024 r., 2,8 mln w 2025 r., prognoza na ten rok jest jeszcze gorsza. Jednocześnie NFZ przypomina, że formalnie nie finansuje tu „oddziału onkologii”, tylko chemioterapię w trybie hospitalizacji. To zderzenie dwóch logik. Po jednej stronie rachunkowość, która wycina wszystko, co nie mieści się w tabelce. Po drugiej – pacjentka, która co tydzień ma chemię i mówi, że fizycznie nie da rady dojeżdżać do Pleszewa czy Kalisza, bo po wlewie nie jest w stanie samodzielnie wsiąść do auta. Dla systemu to pozycja w Excelu, dla niej – bariera między leczeniem a rezygnacją.
Władze powiatu bronią się argumentem, że ratują cały szpital: jeśli nie utną najbardziej deficytowego oddziału, polecą chirurgia, interna, SOR. W praktyce oznacza to jednak przerzucenie kosztów na najsłabszych – chorych onkologicznie, często starszych, z małych miejscowości, bez zaplecza rodzinnego i samochodu. Plan „zabezpieczenia” pacjentów wygląda dobrze na papierze: Kalisz, Pleszew, Śrem, czasem Poznań czy Wrocław. W realnym życiu to wielogodzinna logistyka, dodatkowe koszty, zwolnienia z pracy opiekunów, a czasem zwykłe: „nie dam rady, odpuszczam”.
Cała historia obnaża jeszcze jedną słabość: brak jakiejkolwiek spójnej polityki onkologicznej na poziomie regionu. W okolicznych miastach powstają nowe jednostki, mówi się o centralizacji leczenia, ale nikt głośno nie bierze odpowiedzialności za to, co dzieje się „pomiędzy” – w powiatach takich jak krotoszyński. Dzwon Życia, który rok temu fundacja zawiesiła na oddziale jako symbol zwycięstwa nad rakiem, dziś brzmi jak gorzki żart. Najpierw inwestujemy w symbole, potem bez mrugnięcia okiem odcinamy realny dostęp do terapii.
Krotoszyn nie jest wyjątkiem, tylko zapowiedzią. Jeśli model finansowania się nie zmieni, kolejne powiatowe onkologie będą znikać, a rak stanie się chorobą, którą leczy się wyłącznie w zasięgu dworca kolejowego dużego miasta. Dla pacjentów oznacza to większe nierówności w dostępie do terapii, dla systemu – paradoksalnie wyższe koszty późniejszego, bardziej zaawansowanego leczenia. Pytanie nie brzmi już, czy oddział w Krotoszynie przetrwa dwa miesiące zawieszenia, ale czy państwo uzna leczenie nowotworów za coś więcej niż linię w budżecie. Bo jeśli nie, ten dzwon nie zamilknie – tylko zacznie bić w kolejnych powiatach.
Nowe rozporządzenie dotyczące finansowania szpitali może wpłynąć na restrukturyzację systemu ochrony zdrowia w Polsce, ale istnieją obawy, że może prowadzić do niepożądanych nadużyć. Dyrektorzy szpitali mogą być zachęceni do likwidacji oddziałów bez zapewnienia alternatywnych rozwiązań, co wpłynie na jakość opieki medycznej.
Nowe rozporządzenie dotyczące finansowania szpitali w Polsce, które zakłada, że placówki likwidujące oddział otrzymają przez dwa lata połowę wcześniejszego kontraktu, może stać się kluczowym elementem przyszłej restrukturyzacji systemu ochrony zdrowia. Stawka tej regulacji jest wysoka, ponieważ niewłaściwe wdrożenie może mieć poważne konsekwencje dla efektywności i jakości świadczeń medycznych, na które już teraz składają się problemy finansowe oraz organizacyjne.
Ministerstwo Zdrowia w przeszłości podejmowało próby racjonalizacji szpitalnictwa, m.in. przez redukcję liczby łóżek; jednak te działania nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Dlatego teraz zdecydowano się na bardziej bezpośredni bodziec finansowy, który ma skłonić szpitale do podejmowania samodzielnych decyzji o likwidacji niektórych oddziałów. Teoretycznie powinno to wspierać konsolidację i przeprofilowanie, ale bez jasno określonych wymagań może prowadzić do sytuacji, w której dyrektorzy wybiorą drogę najmniejszego oporu, likwidując oddziały w zamian za dodatkowe środki finansowe, nie oferując w zamian niczego nowego.
Takie podejście budzi zrozumiałe obawy. Anna Gołębicka, ekonomistka i członek rady NFZ, ostrzega, że brak szczegółowych warunków w rozporządzeniu może skutkować nadużyciami. Istnieje ryzyko, że szpitale będą zamykać oddziały o niskim obłożeniu, podtrzymując strukturalne niedomagania systemu, a tym samym marnotrawiąc publiczne środki. Tymczasem nie podjęto jeszcze kroków, by dokładnie ustalić, które oddziały są rzeczywiście zbędne, co utrudnia ocenę potencjalnych korzyści płynących z likwidacji.
Przyjęta strategia, mimo swoich zamierzeń, może zatem przynieść więcej szkody niż pożytku. Zamiast poprawy ryzykujemy dalsze pogorszenie dostępności i jakości świadczeń. Bez wdrożenia odpowiednich mechanizmów kontroli oraz nadzoru nowe rozporządzenie może jedynie pogłębić obecne problemy finansowe i organizacyjne, na które cierpi polski system zdrowia.
Perspektywa na przyszłość wydaje się zatem jasna: konieczne jest nieustanne monitorowanie efektów wprowadzonego rozporządzenia oraz ewentualne korekty w jego implementacji. Rząd powinien zintensyfikować dialog z ekspertami i interesariuszami, aby stworzyć bardziej kompleksowy i zrównoważony system opieki zdrowotnej, który zaspokoi rosnące potrzeby społeczeństwa, zamiast prowadzić do jego dalszej destabilizacji.